poniedziałek, 30 maja 2011

"mam na imię Hannah"

nie możesz zapomnieć


illumina oculos meos

 w Mongolii mówią
że co zmilczę będzie moim

 każdy brak wiadomości
przybliża nas do poznania
właściwości figur geometrycznych


idealne kąty pokoju
parapety dla umierania os


zrywasz agrest
kompot koi spragnione wnętrze

jestem słodsza od niego

zrozumieć to
pomoże ci tylko cisza
rozkładająca się na przydługich liściach
bluszczu


wybierasz jaskinię
piktogramy jasne tylko dla ciebie
i trawy nie szumiące już
dla nas



kiedy śpiewam "tribuisti" 


dziękuję za milczenie

uświadamiam sobie
każdy rejestr ciszy
w obrazach półnagich
cherubinów


widzę blade ciało
jego vestibulum initiationis*
młodego ojca
babkę przemycającą do raju
mleko w szklanych butelkach


wypatruję sedna
przez dziurkę od klucza


nie umiem być bogata
szukam siebie
w silnych mężczyznach


nigdy nie przyznam się
do dziurawych kieszeni
i krwi pulsującej z zachwytu
nad tym  co mogło być wiecznie


*  vestibulum initiationis - inicjacja seksualna
 tribuisti - przyznane



wiem, co znaczy żyć pod wodą 


głos dobrze przewodzi prąd.

 tam, skąd jestem, usta moich sióstr
naśladują aktorów kina niemego:


- pan spotyka panią, wręcza kwiaty,
jej twarz układa się
w dużą samogłoskę.


najbardziej odnajduję się
w repertuarze burkleya,
przywodzę wędrowców na brzeg.


rozdaję sól,
choć nie umiem chodzić.


tam, gdzie byliśmy nadzy


na powierzchni ginę szybciej
niż cząsteczki,
próbujące odnaleźć cel.


tu jest moje miejsce,
choć nie mogę oddychać,
tu jest moja sól, którą spływa
z ciała.


nie pierwszy raz oczyszczam się z pyłu,
wtedy rodzi się ikra w głębokiej wodzie
- wychodzę z niej cało.


dziś staję przed sobą kolejny raz,
ja – niematka z ziemi, ale
kobieta-ryba,


wracam do siebie,
by grzebać ości.



mam na imię Hannah


pamiętam wydarzenia do pierwszej komunii

rozkładany taborecik ukradli mi szybciej
niż zdążyłam wytrzeć nos rozbity na zjeżdżalni

rower z podtrzymakiem wystruganym przez ojca
maleńkie chrystuski  trzymane w puzderku
w obronie przed zawodzeniem żuli
nad moim dojrzewającym  ciałem

pierwsze perfumy chanel z romskiego bazaru
od rafała co nie wiedział że umiem pleść ręce
tylko na wysokości mostka

matka  nie miała nic do powiedzenia ojcu

dalej były antośki  i kucie w kamieniu
zasad zbawienia ku pamięci
(jak rejestracja głosu we freskach)

coraz większe piersi nie mieściły się w dłoniach

zamieszkaliśmy razem by leczyć podrapane



skraplanie


przybieramy kształt fotela lub wanny;

 po drugiej stronie szyby gleba spija wędrówkę słońca,
 woda rytmicznie uderza o rynny, kładzie się na podłożu.

dziewczynka delikatnie rozprowadzą ją palcem, widzi
dzban z oberwanym uchem, twarz matki oraz to co zostało
po mleku.

 ktoś nieznany wymyślił trzy stany,
 ona nie może się skupić

- w ogrodzie naszej ochronki samotna czereśnia,
zasadź dla mnie drugą i kolejną. a gdy nadejdzie lato
podaruj mi siłę kryształu, niepodatnego na ciepło.




układ współrzędnych


osie przecinają się w kluczowych punktach
- zapamiętałem bażanty i zrastanie dróg.

porzucone miejsce odbija nowe światło
- powołany do przybrania trasy noszę je
ze sobą.

nie wiem, czy spotkamy się jeszcze
po tej  stronie jest trudniej o materiał
na gniazdo dla ptaków.

teraz trzymam inną dłoń, jest mi do niej bliżej.

czwartek, 31 marca 2011

"kiedyś będę matką"

jest takie miejsce między piersiami


jeśli zasiane ziarno obumiera
w ogniu

 to wystarczą dwie małe iskry
i zeskrobują mnie jak farbę z ławeczki
w parku

 przybieram pozę madonny giorgione
tulę jedynego potomka – ptaka


uwiłam mu gniazdo


chociaż
codziennie uciekam
od mycia stóp
świętym mężom



odchodzą z prądem rzeki



rosę oglądasz nad ranem, ospale,
zbyt długo męczyłeś ostatni wiersz,
mówił o porodzie – jedynym stałym
moście, a pod nim płynęły naczynka.


myślisz, że istnieje Farlandia
i inne wyspy szczęśliwe?
mam wątpliwości, bo ludzie częściej
skaczą, niż budują mosty, kruszą się
jak czerwona glina.


lepiłeś dziś ludziki – zastygły
w feerii min. nie możesz już nic
zmienić, dłuta i nożyki rdzewieją
szybko.


rozumiesz, że dzieci rodzi się dla świata?
prąd je uniesie.



teraz wybieraj


Teraz wybieraj: można jeszcze zawrócić,
 można wszystko zakończyć, wyłączyć jak radio
                                          Gintaras Grajauskas


 nie mam córki. piwnice - ekspozycja lal,
(ciotka posiadała biuro turystyczne,
zawsze przywoziła nową - zadbaną peweksiarską )
dziś są martwe jak ona. loki loki,
stosy loków.

zwiedzam sklepy z zabawkami -
tam jestem,

zmęczony dzierżysz banknoty.
od jutra zostaniesz dłużej w pracy,
nie opowiem ci o wyprawach - przecież nie rozmawiamy,
zasypiasz nim zdołam przeczesać im włosy.


szeptali: na innej stacji chcieli ją nazwać Zieloną
- zrodzoną w lesie.



czereśniowe deski


rozwijanie z pępowiny jak z szala;
 na zewnątrz ostre powietrze kreśli obecność,
 w przezroczystym ciałku drga płucko.

 pękają kreski wyżłobione nieznanym dłutem,
 przenikają się fiolet z granitem, stłumione błyski
 - zapada się światło.

 zabawy przeniesione na dalej? rozkładanie koca,
 lepienie rąbka. w źrenicach kołysanie owoców
 na pierwszym posadzonym drzewie.

 dawniej czereśnie bywały słodkie.



nad Strawą 


to nie twoja wina, rzeko,

że szukam. dużo więcej robię dla cudzej ziemi, szuram
po przetartym bruku, pod nim nie gniją korzenie,
brakuje inspiracji:

to nie mój widok z okna, tak nie śpiewa
pielęgnowany we mnie ptak –
teraz jest ślepy, teraz nie umie i nie wie
gdzie jest
właściwy dom;

w obcym mieście przenoszę się nad Odrę i milczę.

trzymam wskaźnik,
najbardziej czuły jest na końcówce, wbijam go
w przedmioty,
w ciebie,

rozgrzebuję muł.



coraz częściej
 

 koronki i krwistą szminkę zagrzebuję w bieliźniarce
z instrukcją obsługi:
“po sobie”

(przecież trzeba zrobić dobre wrażenie)

nie boję się, to tylko obraz: sala drgań,
freski,

(obok “ślubnie” – na biało).

zbaczam z trasy do jezuickiego kościoła,
gdy w radio E. Geppert śpiewa o ‘fin de siecle’ –
koniec świata
- nie nastąpił


a ja dalej mam szansę.



paleta


jeśli to ma być wiara -
 macierzyństwo jest jej paletą.

czy syn wyssie pierś, wgryzie? ból
 rodzi nadzieję.

ciśnie w piersi, gdy dzwoni z drugiego
 końca świata, głos rozpada się na wolniejsze
 i wolniejsze oddechy.

jutro pierwsze budzi się ‘nic’
 potem kolory spadają w desenie.

 

poniedziałek, 28 marca 2011

"przejście w zieleń"

przejście w zieleń

ad maiorem dei gloriam

jeśli odpowiednio obejmiesz powietrze,
flażolet odda dźwięki rozproszone
na wyspach.


"Danse de l'Ours" będzie czyste. na ranę
woń szmaragdowej trawy, jedność
w prostym układzie palców.


graj, nie podpisuj się nazwiskiem.
zapamiętaj lot żurawi,
zwiastujący zieleń.


zachowaj kolory
przed oczami dzieci,
szukaj sedna.




podnoszenie karku


długa podróż, obrazy i cisza łamana
 wzburzoną wodą,

 - dotknij wodospadu, lśni
 bardziej niż światło w lustrze.

 świeże podeszwy, zmieniamy obuwie,
 cisną się pod nogi żwir i mokra ściółka,
 przejście po śniegu.

 wystarczy przeskoczyć przez drewnianą belkę
 lub kolejne piętra

 i zobaczyć na górze popiersie Chrystusa –
 próbę cierpienia w oryginalnym rozmiarze.

 na szczytach Karkonoszy i Sudetów
 tuli Go Matka Boska Śnieżna.



prognoza pogody


odśnieżamy przejścia, jesteśmy w innym stanie skupienia,
 kufry pęcznieją od ciepłych ubrań,
 a one szykują się do lotu, będą zwiastować zieleń.
 
ciemne krzyżyki – nad nami rozpostarte skrzydła jaskółek,

 jasność – otwiera się przestrzeń,
 skute lodem rzeki wolno odkrywają małe prawdy
 wszechświata, pękają kry jak łamany opłatek.

 mały chłopiec spogląda przez okienko na strychu,
 zatacza kręgi ołówkiem na kartce:
 - Co narysowałeś, synu?
 - Będzie nam cieplej, mamo. Ona lata i lata, w kółko.



 w multikinie


ekfrazy rejestrowane w środku czaszki.
gdybym znał się na przekroju mózgu
i drodze neuronów, pewnie bym wyjaśnił
zasady łączeń i śpiewnie złożone kadry.


w pudełeczkach z dźwiękiem, obrazem
dokonana selekcja arte. dziś komedia:
łaciaty człowiek.


dziurawy pod spodem, rozdarcie kamuflażu
- pokarm i trawa, trawienie w słońcu.


wypełznąć z mózgu, płynąć z tobą na rzece
behavior. trwać.



skóra


smakuje solą, to miejsce jest biegunem,


- tu znajdziesz wytchnienie,
roztapiam się
na wędrowne szepty innuitów,
posłuchaj
są jak otwieranie okien, świeże powietrze.


uzbieraj dla mnie patyki, przyjedź i wbij się
w ciepłe futro, by rozpalić
ognisko,
wtedy zdrapiesz ze mnie szron,
poczujesz sól


w schronieniu będę prawdziwa.



wylinka


zdejmować z siebie światło po fragmencie.
madonny plotą palce.  w wiklinowych koszach
niedojrzałe wytwory lędźwi.

fioletowo-zielone plamki snu na przedmiotach,
skrawki zdarzeń zawieszone na sznurach. układy
od do cienia, kwilenie piskląt.

pozostają odliczenia kosztów, fotele
jak wańki-wstańki.  napisany nocą artykuł
o kocie w butach. świadomość czekania
 na zmianę skóry.



nie mów, że jestem dziewczynką z obrazu 

(Malczewski, Zatruta studnia) 


 studnia dźwiga skażoną wodę,
a ty beztroska trzymasz warkoczyk w palcach.

zatruta, może ja jestem studnią? przymykam oczy
i sięgam do Rosenec, babcia pasie krowy
niemieckiemu Landwirt, z przymusu,
tam rodzi się ciotka. ziemia trawi w sobie;

wypłukuję z wody kamienie i szczątki roślin,
rozdrabniam ziarna pszenicy, rozmokła -
boli taka kolejność.

tyle upiekliśmy już chlebów,
pochowaliśmy uczucia z krwi do krwi;


rany, woda wsiąka w grunty, rodzi się.




piątek, 25 marca 2011

"intra"

aplikacje


konwalie. niedługo poczuję ich zapach
w interłączach, choć wokół domu warują

 trzy pojemniki: na szkło, makulaturę, 
i na czerstwe płatki kwiatów lub zdjęcia
ze ślubu.

jeśli usłyszysz śmiech, będę tędy przechodzić; 
nawet nie uwierzysz, zapominam.
a mówili, przecież nie wypada.



indefinite


coś ponad kobietą. gdybym tak mógł potłuc ją
na materię, może Genesis byłaby łatwiejsza,
wiódłbym życie sowy, kontemplując. teraz


wypluwam irish caffe, jest miód i blues,
"ryż, mysz i świńskie ucho na sucho". pieprzę 
przy okazji, wspominam miasto


półcieni zdecydowanie za wiele, a ty
istniejesz w swej nieokreśloności, zapominam
o świetle i cieniu w college'ach
- wydeptali engramy i muszle.


liczwoman


brakuje mi miejsca w kanonie liczb pierwszych, 
pachnę pokrojoną pomarańczą - taki z tego iloraz.


jestem podzielna zawsze przez dwa lub więcej:
dwa pokoje, dwie złotówki, dwa ciastka z kremem,
nieskończenie wiele bić.


wybierz tę, co przynosi szczęście.
kaloryfer stał się chłodny, odkąd jest liczmanem.


kobieta - raz i dwa i


taktowanie na dwa spojrzenia. brak miejsca na pauzę, 
 a jednak kawa - zaproszenie, wstęp do przyjaźni.

 mały palec u nogi poznaje twoje metrum
 - mam za ciasne, kupisz mi buty?

 niedowład kończyn powoduje zaciśnięcie krtani,
 nie liczę na głos, błagam o prowadzenie.
 w dominancie chcę poddać się syntonii.

 wzdycham o jednym jednym tancerzu
 (napotkane bonity są bardziej nośne, mówią
 wprost: wejdź, przywłaszcz, chodź).

 zabieram samby w samotną drogę.
 trzy i cztery i - pas - mimo to
 tańczy wiatr.


 trywial


wańka – wstańka od zawsze motywuje mnie
do dziecięcych wspomnień.
mijanie punktów odniesienia – taki rytuał.
niewiele mam siły.

grzebię w niekończącym się zbiorniku rzeczy
widzialnych  i niewidzialnych, zataczam kręgi,
patrz!:

mijam punkty odniesienia tak zwyczajnie.



zielone jabłuszko


wspomnienie zapachu dzieciństwa,
 umyję się nim. połóż głowę na moim brzuszku, oddychaj
 zdechły podwórkowy kotku
 – puk, puk – szaro-bure obydwa, czekam,

 nie lubisz cukierków? przyszyję ci guziki,
 może staniesz się misiem
 bez cholernych pazurków.